Nadrzędna kategoria: ROOT Opublikowano: niedziela, 02 październik 2011

Krzysztof Klenczon

 

Urodził się w czasie okupacji w Pułtusku - mówi matka Krzysztofa, Helena Klenczon - Mieszkaliśmy tam nieco ponad rok. Gdy nadeszli Sowieci, uciekliśmy na wieś. A gdy front zatrzymał się blisko nas, uciekliśmy znowu, tym razem do Ostrołęki. Tam mąż zaczął pracować na kolei. Czynił starania, by przenieść się do Szczytna. I tak wkrótce się stało. Późną wiosną 1945 r. zjechaliśmy nad mazurskie jeziora.
 
- Przyjechaliśmy tu większą rodziną, strony wydawały się spokojne - wspomina Jerzy Klenczon, stryjeczny brat Krzysztofa - Najpierw zamieszkaliśmy w ładnych domkach przy dzisiejszej ulicy Baczewskiego. Prędko nas jednak przepędziło UB, bo domy były rzeczywiście ładne.
Krzysztof Klenczon urodził się. 14 stycznia 1942 r. w Pułtusku. Dorastał w Szczytnie, gdzie pobierał naukę. Dość późno trafiła doń muzyka. Bardziej interesował go sport.
- Poznałem go jeszcze, gdy uczęszczał do szkoły podstawowej, poprzez Międzyszkolny Ośrodek Sportów Wodnych - wspomina Wilhelm Szwerecki, licealny nauczyciel Krzysztofa - uczył się tam sztuki żeglarskiej. Od samego początku zauważyłem, że umiejętnie łączył żeglarstwo z muzyką, to znaczy na wszystkich biwakach i spływach, w których uczestniczył. Zawsze był z gitarą. Podczas wieczornych ognisk zwykle śpiewał szanty, w wolnych chwilach komponował własne piosenki. Ale sport był wtedy zdecydowanie na pierwszym miejscu w jego życiu. Gdy chodził do liceum, mieliśmy mistrzostwa województwa w piłce ręcznej chłopców. W drużynie był niezastąpiony, ruchliwy i bardzo sprawny. Ściany liceum, do którego uczęszczał, mimo że minęło tyle lat, udekorowane są nadal licznymi dyplomami, na których widnieje jego nazwisko. Dzisiejsza młodzież pytała mnie wielokrotnie, by upewnić się, czy to ten Krzysztof Klenczon z Czerwonych Gitar.
Po maturze Krzysztof postanowił zostać inżynierem. W 1960 r., po zdanym egzaminie wstępnym, został przyjęty na Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej. Uroki wielkiego miasta nie sprzyjały jednak pilnej nauce. Inżynierskie studia zakończył po pierwszym semestrze. Do Gdańska przyjechał rok później raz jeszcze szukać szczęścia został słuchaczem Studium Nauczycielskiego w Oliwie. Wybrał specjalność nauczyciela wychowania fizycznego.
- Nie pamiętam dokładnie, ale było to chyba w pierwszym tygodniu września - wspomina siostra - Krzysztof otrzymał telegram. Była to wiadomość od Franciszka Walickiego, szefa Niebiesko-Czarnych, że potrzebują gitarzysty. Decyzję podjął szybko. Rodziców nie było wtedy w domu. Spakował się błyskawicznie. Poprosił, bym im przekazała, że wyjeżdża i postanawia na zawsze porzucić pracę nauczyciela.
Po dyplomie Krzysztof wrócił do rodzinnego Szczytna i podjął pracę w miejscowej szkole podstawowej, z tęsknotą wspominając muzyczną przygodę z Karolem Warginem, kolegą ze studium i kompanem wspólnego muzykowania. To on zwrócił uwagę na apel Czerwono-Czarnych, którzy na afiszach rozlepionych na słupach ogłoszeniowych całego kraju, obwieszczali, że poszukują młodych talentów. Od początku 1961 r. trwał nieustający konkurs na gwiazdy estrady. W kilkunastu miastach przesłuchano ponad 3 000 amatorskich wokalistów i instrumentalistów. Za namową Karola Wargina 29 czerwca 1962 r., po serii kolejnych eliminacji w Gdańsku i Sopocie, dwaj dyplomowani nauczyciele zameldowali się w Szczecinie. Akompaniując sobie na gitarach, zaśpiewali przygotowany wcześniej repertuar. Najbardziej podobały się jurorom Pluszowe niedźwiadki. I tak dzięki "małemu misiowi" z piosenki Kaliny Prawdzic-Szczawińskiej obaj nauczyciele gimnastyki znaleźli się w gronie laureatów - uznani za najlepszy duet. Jednak prawdziwy przełom w jego życiu nastąpił, kiedy został członkiem zespołu Niebiesko-Czarni. Od tego momentu jego życiem stała się muzyka.
- Na scenie - wspomina Janusz Popławski, w tamtym okresie perkusista Niebiesko-Czarnych - wnosił do zespołu żywiołowość, dużo radości i humoru, a nawet odrobinę szaleństwa. Zadebiutował też jako kompozytor. Podobały się nam jego utwory Bo to był zły dzień, Gdy odlatują bociany.
Krzysztof Klenczon przyjechał do Gdańska dzień po otrzymaniu telegramu. Z początku było mu trudno.
- Na próbach był bardzo stremowany, a na pierwszych koncertach wstydliwie uciekał w najciemniejsze miejsca na estradzie lub chował się za kolumny głośnikowe - wspomina Bernard Dornowski.
Wszystko wówczas było w jego artystycznym życiu "pierwsze". Pierwsze nagrania radiowe i płytowe, pierwsze koncerty w sopockim Non Stopie, pierwsze koncerty za granicą, u najbliższych sąsiadów i za żelazną kurtyną, w Belgii, Szwecji oraz we Francji, w sławnej paryskiej Olimpii, pierwsza zagraniczna płyta, tzw. czwórka nagrana dla francuskiej wytwórni Decca. Mimo sukcesów, od których niejednemu młodemu artyście mogło przewrócić się w głowie, po wspólnym występie na KFPP w Opolu w 1964 roku, gdzie Niebiesko-Czarni zdobyli wyróżnienie zespołowe, Krzysztof Klenczon pożegnał się z zespołem.
W lipcu 1964 r. pojawił się w gdańskich Pięcioliniach, w których grał niespełna pół roku. Noc sylwestrową, kończącą rok 1964, spędził Klenczon w gronie współzałożycieli Czerwonych Gitar. Tak zaczął się najbardziej znaczący okres w życiu Krzysztofa. Pięć lat spędzonych w Czerwonych Gitarach było nie kończącym się pasmem sukcesów. Koncerty, festiwale, nagrania radiowe i płytowe, recitale zagraniczne i popularność. Wywiady, nagrody, złote płyty, rzesze wielbicieliw każdym wieku, uznanie publiczności i szacunek znawców. Był to także okres indywidualnych sukcesów Krzysztofa, przede wszystkim jako kompozytora. Okres największej popularności zespołu to druga połowa lat 60-tych. Wylansował wówczas wiele przebojów, zdobył I nagrodę za piosenkę Takie ładne oczy i wyróżnienie za Gondolierów znad Wisły na KFPP Opole '68, nagrodę Polsko-Amerykańskiej Agencji Artystycznej za wybitne osiągnięcia muzyczne, Trofeum na MIDEM w Cannes w 1969 r., nagrodę specjalną magazynu "Billboard" dla najlepszego zespołu z Polski, nagrodę MKiS dla K. Klenczona - za piosenkę Biały krzyż na KFPP Opole '69. Złotą Kotwicę na Festiwalu Zespołów Młodzieżowych Sopockie Lato '69, tytuł najpopularniejszego zespołu roku 1969.
- Gdy pracowaliśmy nad naszymi pierwszymi piosenkami - wspomina Janusz Kondratowicz - Krzysztof był liderem Czerwonych Gitar i przynajmniej od strony artystycznej czuł się odpowiedzialny za kolegów, repertuar grupy,terminy nagrań. Bywał u mnie w Warszawie, ja odwiedzałem go w Gdańsku-Oliwie. Były to wieczory pełne muzyki. Grał na gitarze i śpiewał swoje nowe piosenki z próbnymi, pisanymi przez siebie po... angielsku tekstami. Po tych spotkaniach wiele naszych wspólnych piosenek trafiło na płyty, stały się radiowymi i telewizyjnymi przebojami. Pracowaliśmy także podczas tras koncertowych. Przemierzyłem kilkakrotnie Polskę z Czerwonymi Gitarami, a później i Trzema Koronami. Po południu i wieczorami odbywały się koncerty, rano trwały próby.
W styczniu 1970 r. Krzysztof Klenczon podjął najbardziej znaczącą dla jego dalszej muzycznej kariery decyzję o opuszczeniu Czerwonych Gitar. W dwa miesiąca później, w marcu 1970r., ogłosił publicznie powstanie Trzech Koron. Brzmienie zespołu utrwalone zostało na SP Trzy Korony, wydanym przez Muzę, i na LP K. Klenczon & Trzy Korony, wydanym przez Pronit. Zrealizował teledyski do piosenek Retrospekcja i Kronika podróży, czyli ciuchcią w nieznane. Estradowy żywot Trzech Koron trwał jednak niewiele ponad półtora roku. Ich piosenki, skomponowane przez Klenczona podobały się publiczności, ukazały się na płycie długogrającej i ulokowały wysoko na krajowych listach przebojów.
- Przez przypadek znalazłam się na otwarciu Non Stopu - wspomina żona Alicja Klenczon - Tańczyłam tam z jakimś kolegą. Może to wydawało się dziwne, ale zawsze odwracał mnie w tańcu do estrady, w kierunku jednego z muzyków. Za którymś razem zwróciłam wreszcie na niego uwagę, na przystojnego czarnego, trochę zawadiacko wyglądającego chłopaka. No i... tak się zaczęło. Ślub odbył się 25 grudnia 1967 r. w katedrze oliwskiej".
W 1969 r. urodziła się Karolina, pierwsza córka Krzysztofa. Przyszła na świat w Chicago, podczas pobytu Alicji Klenczon u rodziców. Cztery lata później rodzina Klenczonów powiększyła się ponownie. Drugiej córce - Jackie-Natalie - dedykował romantyczną balladę Natalie - piękniejszy świat.
- Był dobrym mężem i ojcem, umiał zawsze pogodzić swoje pasje z obowiązkami wobec rodziny i domu. Potrafił naprawić samochód, wytapetować mieszkanie czy pomalować schody, a wieczorem dać koncert - dodaje żona Alicja. - Pamiętam, jak pracował, komponował. Grał na gitarze i notował coś na papierze. Gdy byłyśmy małe, ja i moja siostra Jackie - wspomina córka Karolina - ojciec często nam śpiewał. Jestem szczęśliwa, wiedząc, że mój tata był i jest bardzo popularny w Polsce. Lubię muzykę ojca. Nie znam słów, ale znam melodie. Bardzo mi się podobają. W moim trucku, bo jestem kierowcą ciężarowego samochodu, nie mam jeszcze odtwarzacza kompaktowego, ale płyty Czerwonych Gitar wożę ze sobą. Słucham jego piosenek, gdy jestem w domu. I właśnie wtedy czasami marzę, by czas się cofnął. Żebym mogła go jeszcze zobaczyć i usłyszeć.
- Moja dorosła już córka - mówiła w jednym z wywiadów siostra Krzysztofa - właściwie nie znała wujka. Miała pięć lat gdy wyjechał. Dzisiaj z upodobaniem słucha jego nagrań: Wolny wieczór (bardzo to lubi), Powiedz stary, gdzieś ty był (tę harmonijkę, na której tam gra, kupił podczas tournee w ZSRR, potem mu ją ukradli), Biały krzyż (napisał to dla ojca). Może młodym brakuje dzisiaj takiej romantycznej nuty? Niuniek na pewno by się cieszył, gdyby wiedział, że jego piosenki ciągle się śpiewa. Niuniek? Właśnie, tak się na niego mówiło.
- Poznałem go w Polsce, zaprzyjaźniłem się w Chicago - wspomina Janusz Letko, aktor kabaretowy i autor audycji Na luzie w polonijnej rozgłośni radiowej - byłem częstym gościem w jego pięknym domu przy ulicy Czterech Wiatrów. Dyskutowaliśmy przy barbecue i piwie, potem przynosił gitarę i śpiewał piosenki, których nikt nie znał, przepełnione tęsknotą i miłością do kraju, do rodzinnych Mazur. Kochał je i ciągle to podkreślał
W maju 1972 r. Krzysztof Klenczon wyjechał do Chicago - wyjechał z paszportem w jedną stronę, pozostawiając w Polsce popularność i uznanie, sławę i powodzenie, to czego Ameryka nie dała mu nigdy i czego mu zawsze brakowało. Decyzję o pożegnaniu polskiej sceny muzycznej przyśpieszyły kłopoty rodzinne, nieustanne rozłąki z żoną i córką, które coraz częściej przebywały u dziadków w Chicago.
Kiedy przyszła na świat druga córka, Jackie - w 1973r. - pracował w firmach teścia jako taksówkarz i introligator. W jednym ze swoich listów napisał:
"Zacząłem tu grać już miesiąc po przyjeździe. Po występie w telewizyjnym Bob Lewandowski Show otrzymałem parę telefonów z propozycjami i wybrałem jeden z polskich klubów. Gram i śpiewam do tańca. Takie tam panują obyczaje, inne rządzą tam prawa, inne są formy działalności estradowej. Decydując się na występy w Ameryce, nie liczyłem na olśniewające sukcesy czy popularność. Jestem realistą. Wcześnie zdołałem trochę poznać tę gigantyczną maszynę pod nazwą show-business, właśnie tam, w jaskini lwa i to pozwoliło mi wyzbyć się złudzeń. Ale została wewnętrzna potrzeba komponowania i muzykowania, bycia na estradzie jest silniejsza od świadomości, że podobnych mi wokalistów i gitarzystów jest w tym kraju tysiące".
W chicagowskich klubach śpiewał przez pewien czas solo, wtórując sobie na gitarze. W końcu udało mu się założyć zespół, nie udało się jednak stworzyć brzmienia na miarę marzeń. W 1977 r. zdecydował się z nową formacją na nagranie longplaya w wytwórni płytowej Clay Pigeon International. Wspomagany przez Vyto Beleskę, współproducenta, gitarzystę, wokalistę i autora tekstów, przygotował cały muzyczny repertuar płyty. W nagraniach pomogli mu także polscy muzycy zamieszkali w USA, m. in. Włodzimierz Wander, Marek Myszko, Jerzy Jabłoński, Krzysztof Słotkowicz. Radość była jednak krótka.
- Na rozreklamowanie i rozpowszechnianie płyty, zalegającej od miesięcy półki sklepowych zapleczy wciąż mnie nie stać - żalił się w jednym z wywiadów - Samo nagranie longplaya pochłonęło prawie wszystkie moje oszczędności, a i niemało dolarów teścia. Niewiarygodnie to droga przyjemność.
Potęgujący się żal, po tym co pozostawił w Polsce, sprawił, że szukał ukojenia w komponowaniu. Właśnie w Chicago powstały m. in. Latawce z moich stron, Muzyka z tamtej strony dnia, Dom, Wiśniowy sad.
Po sześciu latach Krzysztof Klenczon przyjechał do Polski. 3 lipca 1978 r. witały go tłumy na lotnisku w Warszawie. Oklaskiwano go wszędzie, gdzie się pojawił, w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w stolicy, w sopockiej Operze Leśnej, w amfi-teatrach w Zielonej Górze i Kołobrzegu. Po warszawskim koncercie recenzent miesięcznika "Jazz" napisał:
"Stanowił on fragment krajowego tournee tego wykonawcy, od blisko 6 lat mieszkającego w USA. Przedstawiony program był doskonałym potwierdzeniem poglądu, że jako kompozytor, gitarzysta i wokalista Klenczon wspiął się na wyżyny swoich możliwości w czasie współpracy z Czerwonymi Gitarami. Był to show może nie najwyższej próby i na pewno w nie najlepszym guście (ten presleyowski, lśniący strój...), ale znalazło się w nim miejsce na przyzwoicie podane rock'n'rollowe standardy w rodzaju Blue Suede Shoes..."
Krótki pobyt Krzysztofa w Polsce zakończony został nagraniami do nowej płyty, której wydanie - z inicjatywy przyjaciół Janusza Kondratowicza i Marka Gaszyńskiego - zaproponowały mu Polskie Nagrania. Jej tytułem stał się przebój Klenczona sprzed lat Powiedz stary, gdzieś ty był, tytuł - pytanie, stawiane wielokrotnie podczas koncertowych tras po Polsce.
Płyta była gotowa na drugi jego przyjazd do kraju, jesienią 1979 r. Jej promocja odbywała się podczas trasy koncertowej po kraju. Jak podaje magazyn "Fonorama", rozpoczęła się ona 21 października w Bydgoszczy, zakończyła recitalem w Warszawie. Recenzent "Jazzu" napisał:
"Wieczorem 31 października Sala Kongresowa PKiN w Warszawie była wypełniona co najwyżej w połowie i mieli rację ci, którzy nie wybrali się na ten koncert. W pierwszej części wystąpiła Węgierka Magda Bodi (...), wokalistka o niewielkim wzroście, dysponująca całkiem dużym, do tego nieźle ustawionym głosem. Towarzyszył jej zespół prezentujący muzykę w koszmarnych aranżacjach, odegraną z estetyką godną prowincjonalnej restauracji. Następnie wkroczył na estradę Krzysztof Klenczon. Towarzyszył mu zespół Ryszarda Kruzy. Sytuacja odwróciła się. Teraz występowała dobra grupa instrumentalna z fatalnym solistą. Miał on kłopoty z emisją i intonacją. (...) Ubiegłoroczny, pierwszy powrót Klenczona na polską estradę był ciekawostką. Drugi - to klęska".
Do Chicago wrócił zrezygnowany i zgorzkniały.
- Ostatnią rzecz, którą pamiętam - mówi żona Krzysztofa Klenczona - były światła z lewej strony naszego auta. Ocknęłam się w szpitalu i wkrótce wróciłam do domu. Odwiedzałam nieprzytomnego Krzysztofa codziennie. Któregoś dnia powiedziałam lekarzom, że Krzysztof jest muzykiem. Ordynator szpitala św. Józefa zaproponował mi wówczas, abym przyniosła magnetofon z jego nagraniami. I tak zrobiłam. Jego muzyka rozbrzmiewała w jego pokoju dniem i nocą. I chyba pomogła mu, bo się obudził. Niestety na krótko. Tylko na 12 dni.
Gdy fala solidarnościowej emigracji dotarła do Chicago, Krzysztof włączył się w działalność charytatywną, wspierając ją swoją muzyką.
-26 lutego 1981 miał wystąpić w klubie Milford w Chicago, a dochód z tego koncertu postanowiono przeznaczyć na lekarstwa dla dzieci w Polsce - wspomina siostra Krzysztofa - chociaż silny katar odbierał mu czasami oddech, postanowił, że zaśpiewa.
-Miałem zaszczyt prowadzić ten jego, jak się wkrótce okazało, ostatni koncert - opowiada Janusz Letko - Przyjechał do klubu bardzo późno, około pierwszej w nocy, gdyż dopiero wtedy mógł przekazać taksówkę swemu zmiennikowi. Gdy witano go oklaskami na scenie, szepnął mi do ucha: "Januszku, zaśpiewam trzy piosenki i wracam do domu, bo jestem bardzo zmęczony". Ale zaśpiewał siedem, bo tyle ich chciała wysłuchać zgromadzona tam publiczność, bardzo wtedy liczna. Doprawdy, dawno nie widziałem w Milfordzie tylu ludzi. A Biały krzyż bisował trzy razy. Nikt z nas nie sądził, że nie zaśpiewa już nigdy więcej. Tak śpieszył się do domu, że zostawił w garderobie swój biały, presleyowski strój estradowy. Wisiał tam bardzo długo.
W drodze do domu, doszło do zderzenia. Na jednym ze skrzyżowań pijany Portorykańczyk nie uszanował pierwszeństwa przejazdu samochodu państwa Klenczonów...
Szczytno - cmentarz niedaleko domu, w którym się wychował.
Urna z prochami Krzysztofa Klenczona spoczęła w rodzinnym grobie
Żródło: www.klenczon.com